niedziela, 29 grudnia 2013

Podsumowań ciąg dalszy ;) Tym razem kosmetycznie i książkowo.

Ostatnio podzieliłam się z Wami moimi bardziej osobistymi przemyśleniami odnośnie mijającego roku. Dzisiaj przyszedł czas na przyziemniejsze rzeczy - czyli ulubieńcy i niewypały 2013 roku ;) Będzie to oczywiście moja wybitnie subiektywna lista ;)


Na początek - kosmetyczni ulubieńcy!


  • Niewątpliwie jest nim maska do włosów Kallos Latte (pisałam o niej tutaj KLIK). Jeżeli chcę mieć pewność, że moje włosy będą wyglądały idealnie i zgodnie z moimi wymaganiami, zawsze sięgam po tą maskę. Po żadnej innej nie uzyskałam tak świetnego efektu, jak po tej - włosy się dobrze układają, są miękkie, nawilżone i och ach ;)





  • Nawilżający krem do twarzy Happy per aqua FlosLek (KLIK), który jest nawilżający nie tylko z nazwy ;) Lekka konsystencja, szybko się wchłania i co najważniejsze - działa.




  • Jedwab w płynie Green Pharmacy (KLIK) - świetnie zabezpiecza włosy, nie wysuszając ich przy tym. Specyfik, który ma z jedwabiem niewiele wspólnego, praktycznie same oleje w składzie i za to przede wszystkim lubię ten produkt.







  • Woda kolońska Zielona herbata Yves Rocher (KLIK) to nie tylko ulubieniec mijającego roku, tylko już wielu mijających lat ;) Jest to zapach, który mi niesamowicie do mnie pasuje i nie potrafię się z nim rozstać.






  • Wycofany już biedronkowy zielony krem do rąk BeBeauty (KLIK). Taaaaak, ciągle jeszcze mam zapasy ;) Jest świetny, po prostu go ubóstwiam - do rąk, do kremowania włosów, na końcówki. Nie wiem, co zrobię, jak już go zabraknie w mojej magicznej szafce...









Kosmetycznych ulubieńców mam więcej, ale ci wymienieni wyżej są niewątpliwie moimi hitami. I tak się zastanawiam, że nie trafiłam w mijającym roku na żadnego bubla... No żaden mi nie przychodzi go głowy! Wychodzi na to, że w tym roku trafiałam na same dobre kosmetyki ;)



No to teraz czas na książkowych ulubieńców ;) W mijającym roku przeczytałam naprawdę wiele dobrych książek, ale na potrzeby niniejszego podsumowania wybrałam the best of the best.

źródło


  • Simon Beckett - seria "Dr David Hunter" (Chemia śmierci, Zapisane w kościach, Szepty zmarłych, Wołanie grobu) - ja generalnie lubuję się w kryminałach, a to, co zaserwował pan Beckett to dla mnie wisienka na torcie kryminałów. Każda z czterech historii wciągnęła mnie tak, że nie mogłam odłożyć czytnika - już, natychmiast musiałam wiedzieć, co wydarzy się za moment! Niebanalne wątki kryminalne, genialne i wręcz drastyczne opisy tego, co dzieje się z naszym ciałem po śmierci. Do tej pory pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi podczas lektury tej serii. Jest po prostu GENIALNA.









źródło
  • Cassandra Clare - seria "The Mortal Instruments" (Miasto kości, Miasto popiołów, Miasto szkła, Miasto upadłych aniołów, Miasto zagubionych dusz) - dawno (a może nigdy?) żadna młodzieżówka mnie nie wciągnęła, jak ta seria. A zaczęło się niewinnie, bo od filmu... Z ciekawości przeczytałam pierwszy tom i wpadłam ;) Byłam tak zachłyśnięta światem stworzonym przez Cassandrę Clare, że przeczytałam wszystkie tomy praktycznie ciągiem, w półtorej tygodnia. Niesamowici bohaterowie, wartka akcja, humor a także groza, czyli wybuchowa mieszanka ;) Tak wybuchowa, że niecierpliwie czekam na ostatni (szósty) tom.









źródło

  • Megan Hart - Otchłań pożądania. Twórczość pani Hart nie jest mi obca i przedstawiona przeze mnie pozycja to było moje trzecie spotkanie z tą autorką, jednak ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Jest klasyfikowana jako erotyk, ja bym jednak umieściła ją na półce z powieściami psychologicznymi. Nie chcę rozpisywać się nad jej fabułą (jej mini recenzja pojawi się w styczniu), dlatego powiem tylko tyle - jeżeli ktoś oczekuje czegoś więcej od literatury erotycznej, to ta pozycja z pewnością jest dla niego.














Niestety na książkowe niewypały w 2013 roku już trafiałam, aczkolwiek tutaj zaprezentuję tylko jeden bubel, przed którym Was pragnę przestrzec! :) Przypomnę tylko, że jest to moja SUBIEKTYWNA ocena, a co Wy z tym zrobicie, to już Wasza sprawa :)



źródło


Sara Fawkes - Na każde jego żądanie. Bardzo się cieszę, że przeczytałam tą książkę w zaledwie jeden dzień i nie musiałam poświęcać jej więcej czasu. Autorka ewidentnie poszła na łatwiznę i na fali popularności Fifty Shades of Grey napisała książkę bliźniaczo podobną do pierwowzoru. No doprawdy. Historia i sylwetki głównych postaci są identycznie zbudowane. Przeczytałam już sporo erotyków, większość inspirowana była Greyem, ale na Boga! Trafiałam na inspiracje, ale właśnie! Inspiracje! Nie kopie! Dobra, dość już tych wykrzykników ;) Szkoda czasu na te pozycję, a mogę polecić wiele lepszych erotyków.











To był mój subiektywny przegląd ulubieńców i jednego bezkonkurencyjnego bubla mijającego roku. Ciekawa jestem, czy Wasze przeglądy pokrywają się w jakimś stopniu z moim ;) A może dorzuciłybyście coś do mojej listy? Chętnie sięgnę po polecane przez Was książki!





piątek, 27 grudnia 2013

Co było, co będzie?

2013 rok powoli się kończy, blogosferę powoli opanowują posty podsumowujące, ja również chciałabym dokonać takiego podsumowania. Nigdy tego nie robiłam - nie czułam potrzeby sumowania wydarzeń, zastanawiania się, co zrobiłam dobrze, co źle, nad czym mam popracować. Jednak życie bez planu, na hurra, przyjmowanie wszystkiego jak leci chyba się dla mnie skończyło.

Mijający rok  był dla mnie dobry - ciężki, ale owocny. Skończyłam studia, dostałam się na aplikację, powoli wkraczam w życie zawodowe. Jestem w szczęśliwym związku, planujemy ślub, wspólną przyszłość. Zakończyłam walkę z moim największym kompleksem - wyprostowałam zęby, zdjęłam aparat. Odkryłam na nowo przyjemność czytania. Staram się cieszyć z małych rzeczy. I jasno patrzę w przyszłość - mam odpowiednią osobę u boku. Wiem, że nie ma niczego ważniejszego od tego. Wszystko można przetrwać, jeżeli ma się z kim dzielić te dobre i złe chwile. Wszystko jest wtedy prostsze. I to jest najważniejsza lekcja, jaką dał mi 2013 rok. Czy oczekuję czegoś od 2014? Chyba tylko tego, żeby był kontynuacją bieżącego. Plany? Rozwijać się zawodowo, być szczęśliwą z moim partnerem, układać z nim życie. Organizować ślub i wesele i nie dać się przy tym zwariować. I nie zapominać w tym wszystkim o sobie, robić to, co sprawia mi przyjemność - czytać książki, oglądać dobre filmy, dbać o włosy, jeździć na rowerze... 

Życzę sobie i Wam, żeby wszystkie nasze plany się zrealizowały.


wtorek, 17 grudnia 2013

Zoom na usta: mini pomadki od Yves Rocher

Dzisiaj post, do którego dość długo się przekonywałam. Chcę pokazywać Wam również pomadki/szminki/błyszczyki itd., które mam w swojej kolekcji, ale jak je pokazywać, tylko maźnięciem na ręce? Ano na ustach byłoby najlepiej. No i do tych ust na blogu się przekonywałam, zwłaszcza, że moje nie są idealne, głównie dzięki bliźnie, którą nabyłam w dzieciństwie (nigdy nie zostawiajcie małych dzieci bawiących się pod stołem z psem!). Ostatecznie stwierdziłam, że raz kozie wiadomo co i oto dzisiaj mój mały debiut ;) Na pierwszy ogień idą mini pomadki z Yves Rocher. To są naprawdę maleństwa i trzeba bardzo uważać - ja na dzień dobry dwie połamałam, mimo że nie używałam prawie w ogóle siły przy malowaniu ust... 

No to zaczynamy ;)




Fromboise sorbet to delikatny róż, a jednak najbardziej intensywny kolor z całego zestawu mini pomadek. Przeze mnie najmniej używany, gdyż preferuję neutralne odcienie, zbliżone do koloru ust. 




Noisette craquante to bardzo delikatny brąz, idealny do dziennego makijażu. Neutralny kolor, który bardzo lubię.




Parme scintillant to kolor wpadający w fiolet. Najbardziej w tych pomadkach podoba mi się to, że mimo delikatnych kolorów, one dobrze kryją i nie pozostawiają prześwitów.




Rose miel to odcień, który jest najbardziej zbliżony do koloru ust i jest to najczęściej używana przeze mnie mini pomadka.




Rouge etincelles na pierwszy rzut oka wydaje się być intensywną czerwienią, jednak po nałożeniu na usta okazuje się, że jest to bardzo blady róż. Gdyby nie to, że dość niefortunnie ją ułamałam i bardzo ciężko się ją nakłada (a nie mam pędzelka), to z pewnością sięgałabym po nią częściej ;)


Ja jestem bardzo zadowolona z zakupu tego zestawu mini pomadek. Kosztował 9,90 zł a w tej cenie otrzymujemy 5 neutralnych kolorów, które z powodzeniem można stosować i na co dzień i na większe wyjścia. Dobrze kryją i całkiem długo się utrzymują na ustach - nie są "zjadane" przy pierwszej okazji. Nie wysuszają i są na tyle "przezroczyste", że nie trzeba lusterka, by poprawić makijaż ust w ciągu dnia. Na dodatek zajmują mało miejsca i można cały zestawik nosić ze sobą w torebce ;)


Co sądzicie o tym mini zestawie? 
Kolory trafiają w Wasz gust, czy może wolicie coś bardziej wyrazistego? :)



wtorek, 10 grudnia 2013

L'Biotica Biovax - maska do włosów keratyna+jedwab

Intensywnie regenerując maseczka do włosów keratyna+jedwab to jedna z nowości, jakie wypuściła na rynek marka Biovax. W sierpniu przedstawiłam recenzję innej nowości tej firmy - maskę z trzema olejami (KLIK). Nie byłam z niej jakoś specjalnie zadowolona, mimo że jednym z tytułowych olei jest kokosowy, na który moje włosy reagują dobrze. Jak jest w przypadku maski z proteinami? O tym przeczytacie poniżej ;)




Co o tej masce mówi sam producent?




Moja opinia
Podobnie jak wersję z trzema olejami, tę maskę kupiłam w SuperPharmie w promocji - wolę zrobić mały zapas, ale mimo wszystko taniej. Stosowałam ją niemalże co każde mycie na różne sposoby - z czepkiem, bez czepka, solo, z dodatkami. Moje włosy generalnie nie najlepiej reagują na wszelakie proteiny, więc tym większe było moje zdziwienie po pierwszym użyciu maski - wręcz efekt wow, świetny skręt, cud miód i orzeszki. No, potem nie było już tak pięknie. Włosy się puszyły, skręt był mocno rozluźniony, dlatego zaczęłam kombinować z dodatkami - próbowałam z różnymi olejami i aloesem i to był strzał w dziesiątkę. 




Jak widać powyżej, maska zawiera nie tylko proteiny, ale i sporo emolientów, dlatego teoretycznie równowaga powinna zostać zachowana, a moje włosy powinny reagować na nią neutralnie. A tu proszę, puszą się (a generalnie nie mają takich tendencji), skręt jest taki sobie i nietrwały. Wniosek zatem wysnuwa się sam - ta maska jest dla moich włosów dobra raz na jakiś czas (chyba że z jakimś olejem albo aloesem), natomiast jej długotrwałe stosowanie powoduje niezbyt ciekawe efekty.

Ostatecznej oceny tej masce nie wystawię, bo musiałabym to zrobić w dwóch kategoriach ("raz na jakiś czas" oraz "długotrwałe stosowanie"). Zdaję sobie sprawę, że zbiera ona w blogosferze bardzo pozytywne opinie, jednak moje włosy na dłuższą metę nie tolerują protein w takiej dawce. Z drugiej strony opisywana przeze mnie maska przeznaczona jest do włosów zniszczonych i bazuje na długotrwałym stosowaniu... Czyżby moje fale były w całkiem dobrej kondycji? ;)


Używałyście tej maseczki? Jesteście jej fankami, czy podchodzicie do jej działania sceptycznie?
Jak dla mnie ciągle wersja do włosów ciemnych pozostaje numerem 1 
(w kategorii masek Biovax oczywiście ;))


czwartek, 5 grudnia 2013

Włosowe podsumowanie listopada

Początek miesiąca to zwykle czas podsumowań - w moim wypadku zarówno włosowych, jak również czytelniczych. O książkach, z jakimi miałam przyjemność bądź nieprzyjemność obcować w ciągu ostatnich dwóch miesięcy mogłyście przeczytać wczoraj, za to dziś przychodzę do Was z podsumowaniem pielęgnacji moich włosów, które w listopadzie prezentowały się następująco:


Właśnie zauważyłam, że moje włosy są na tyle długie,
że kadr obejmuje również moje dłonie :)


Szału nie ma, ale pocieszam się, że wyglądają tak dzień po myciu, po spaniu, po reanimacji. Włosy ze zdjęcia zostały przed myciem potraktowane po raz pierwszy w karierze olejem musztardowym (same włosy, skalp nie), umyte szamponem Bambino, następnie osuszone i nałożone na nie została odżywka Nivea long repair (do odparowania wody), spłukana, na ociekające włosy nałożyłam odżywkę b/s Herbal Care lniana, końce oraz spodnią warstwę zabezpieczyłam jedwabiem z Green Pharmacy, do stylizacji użyłam żelu Bielenda z czarną rzepą (nową wersję). Potem ręcznikowanie w T-shirta i schnięcie naturalne.

Odnośnie samego oleju musztardowego - dość długo przekonywałam się do jego zastosowania (i nie chodziło o zapach:)). Generalnie w Internecie można znaleźć informacje, że jest on świetny do masażu skóry głowy - pobudza regenerację i wzrost włosa, poprawia mikrokrążenie, doskonale nawilża. Ja co do zasady sceptycznie podchodzę do nakładania czegokolwiek na skórę głowy, dlatego odstawiłam ten olej na bok. Ostatnio sobie o nim przypomniałam, robiąc porządki w szafce - i jeszcze raz zaczęłam szperać w otchłani Internetu na jego temat. I w sumie okazuje się, że spokojnie można go nakładać na długość, w celu nawilżenia - systematyczne olejowanie tym olejem ma nadać włosom pięknego blasku i witalności. Zawiera wiele dobroczynnych składników - żelazo, wapń, fosfor, potas, witaminy PP, B1. Olej musztardowy świetnie się sprawdzi do masażu całego ciała - doskonale sprawdzi się na skórze suchej. Działa również jako izolator, chroniąc ciało przed zimnem (podobno rewelacyjnie rozgrzewa zimne stopy, muszę kiedyś spróbować ;)). Szybko się wchłania, co tylko zwiększy przyjemność jego stosowania. (źródło informacji - skarbymaroka.pl oraz helfy.pl)

Powyższy schemat pielęgnacyjny stosowałam co mycie (ostatnio rzadsze, czasem nawet co 4 dni), tylko kosmetyków używałam zamiennie. Z olei - kokosowy, oliwkę Hipp, szamponów - Bambino, Joanna Naturia pokrzywa z zieloną herbatą, Yves Rocher zwiększający objętość włosów, z masek -  Kallos Latte (również do zmywania olei), Biovax z proteinami, z odżywek - Nivea long repair d/s, lniana Herbal Care b/s. Zabezpieczanie standardowo jedwabiem z GP.

Plan na grudzień - olejowanie, olejowanie, jeszcze raz olejowanie. Ciekawa jestem oleju musztardowego, po jednym razie jeszcze nie jestem w stanie za wiele o nim powiedzieć.


A jak Wasze włosy w listopadzie? :)




PS Zakładka z miesięcznymi podsumowaniami mojej włosowej pielęgnacji została przeze mnie troszkę zaktualizowana. Przy każdym miesiącu znajdziecie zdjęcie włosów z danego miesiąca, w ten sposób bez problemu będziecie mogły zerknąć, co w danym miesiącu na nie wpływało. (KLIK)

środa, 4 grudnia 2013

Czytelnicze podsumowanie października i listopada

Większość mojego wolnego czasu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy mogłam wreszcie poświęcić jednej z moich ulubionych czynności, czyli czytaniu. Po trzech miesiącach posuchy niemal rzuciłam się na książki... Co przeczytałam? Co polecam? O tym przeczytacie poniżej ;)




Dexter Morgan: za dnia sumienny pracownik policyjnego laboratorium kryminalistycznego, w nocy seryjny morderca, który wymierza własną sprawiedliwość... innym seryjnym mordercom. Nagle pojawia się naśladowca. Zabija dokładnie w stylu Dextera - z tą samą maestrią, z tą samą finezją. Dexter jest najpierw dumny, że ktoś czerpie inspirację z jego niepowtarzalnych pomysłów. Potem pełen podziwu dla artyzmu tego drugiego. A w końcu zaczyna wątpić, czy w ogóle jest jakiś drugi... (lubimyczytac.pl)

Jak tylko usłyszałam, że jeden z moich ulubionych seriali powstał na podstawie serii książek, natychmiast postanowiłam ją przeczytać. I muszę przyznać, że rozczarowałam sie pierwszym tomem. Zwykle jestem zdania, że to książka jest "lepsza" od filmu/serialu, który jest nią inspirowany, ale w tym przypadku w moim odczuciu sytuacja jest odmienna. To scenarzyści odwalili kawał dobrej roboty, nadając postaciom wiele kolorytu i charakteru oraz komplikując przedstawianą historię. 

Miałam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że kolejne części pozytywnie mnie rozczarują.

5/10

Wciągająca historia o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości. Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia – w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice, mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, nie dojadają. W dodatku brat z siostrą niebezpiecznie zbliżają się do siebie... (lubimyczytac.pl)

Przeczytałam tę powieść jednym tchem. Książka napisana jest bardzo ciekawym językiem, który w ogóle nie męczy - czyta się z lekkością i łatwością. Nie ma zbędnych przeciągnięć i opisów, cały czas historia trwa i się rozwija. 
Makabryczne przeżycia głównych bohaterów na długą odcisną się w mojej pamięci.

7/10

Dexter, przystojny i czarujący potwór, wciąż trzyma się swojej zasady: morduje tylko innych morderców. Nikt nie podejrzewa, że wzorowy pracownik policyjnego laboratorium nocami staje się katem twórczym wirtuozem zbrodni. Nikt, poza jednym wścibskim policjantem. Ciekawski sierżant to pierwszy problem naszego bohatera. Drugi to utalentowany rywal, przy którym metody pracy Dextera wydają się dziecinną zabawą... (lubimyczytac.pl)

No i niestety ta część okazała się gorsza od poprzedniej. Razi mnie bylejakość postaci, zbyt wiele przemyśleń głównego bohatera. Styl, jakim napisana jest ta książka w ogóle nie pasuje do makabrycznych sytuacji w niej opisywanych. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne części.

4/10


Julia jest zwyczajną dziewczyną. Skończyła studia, pracuje, zakochała się. Gdy dostaje bukiet kwiatów od tajemniczego wielbiciela, jest podekscytowana i zaintrygowana. Wiersze, kolejne kwiaty i wiadomości zaczynają ją najpierw niepokoić, a potem przerażać. Nikt nie rozumie jej strachu. Przecież posiadanie wielbiciela jest takie romantyczne. Jak uwolnić się od stalkera, gdy nie wiesz, kim on jest? Ale on wie wszystko o tobie. Wie, gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz… i wie, jak zniszczyć twoje życie. (lubimyczytac.pl)

Jak cienka jest granica między miłością a obsesją? Zbyt cienka. Ta książka wstrząsnęła mną do głębi - stalking może spotkać każdego. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak na pozór nic nieznaczące spotkanie może mieć tragiczne konsekwencje. Książkę pochłonęłam w jeden wieczór - ciężko mi było się od niej oderwać.

7/10


Gdy Jack Reed zobaczył w strugach deszczu starą posiadłość w gotyckim stylu, natychmiast zapragnął przerobić ją na idylliczny, ekskluzywny hotel. Nie wiedział o tym, że przed 60 laty miejsce to było szpitalem dla psychicznie chorych - morderców i gwałcicieli, a wśród nich dla Quintusa Millera, charyzmatycznego, przerażającego swym wyglądem psychopaty, który przewodził miejscowej społeczności.Któregoś dnia wszyscy pensjonariusze, 137 osób, znikli bez śladu. Okazuje się, że dzięki starożytnej magii ich obmierzłe dusze zostały zaklęte w pokrywających mury posiadłości płaskorzeźbach. Klątwę, która ich więzi można odczynić w jeden sposób - zamordować osiemset istnień ludzkich, wtedy ściany wypuszczą Quintusa Millera i jego orszak śmierci...Fala zbrodni, która przetoczyła się przez USA, sprawiła, że Quintus prawie osiągnął swój cel. Zginęło 799 osób. Pozostała ostatnia ofiara. Jack musi powstrzymać zaklętych, którzy, by się wyzwolić, chcą poświęcić życie jego syna. (lubimyczytac.pl)

Zupełnie nie wiem, co napisać o tej książce. W dobie boomu na wampiry i wilkołaki (aczkolwiek powieść została wydana w 1989 r.) miło było przeczytać historię o... No właśnie? Uwięzionych w innym wymiarze? Przeklętych? Historia jest niewiarygodna, ale skoro przyjmujemy istnienie i działanie sił nadprzyrodzonych, to wszystko jest możliwe. 

Masterton jest niewątpliwie mistrzem grozy - mrok aż wycieka spomiędzy kartek, ale napięcia nie doświadczyłam. Ponadto cała historia pędziła galopem, by skończyć się szybko i rozczarowująco, przynajmniej w moim odczuciu.


5/10


Jace, basista Sinnersów, ma za sobą przeżycia, o których woli nie mówić i nie myśleć. Jego duszę może ukoić tylko kobieta taka jak Aggie, przy której potrafi zapomnieć o cierpieniu i poczuciu winy.Zdaniem Aggie, pięknej dominy, z mężczyzn nie ma żadnego pożytku – poza poczuciem władzy, jakie dają, gdy błagają o litość u jej stóp. Lecz Jace nie jest taki jak klienci klubu, w którym Aggie tańczy co noc. Jeszcze żaden mężczyzna nie rozpalał jej aż tak i przy żadnym nie czuła się aż tak bezbronna...Kiedy niespodziewany wypadek stawia przyszłość Jace’a w zespole pod znakiem zapytania, Aggie wie, że musi mu pomóc. I pokazać, że czas i miłość leczą wszystkie rany… (lubimyczytac.pl)

Moją trzecią przygodę z twórczością pani Cunning oceniam pozytywnie. "Gorący rytm" jest to czwarty tom serii "Sinners on Tour", który w czytelniczym ciągu zajmuje trzecią pozycję, zaraz po "Ostrej grze". Moim zdaniem trzyma poziom pierwszej części (drugą byłam lekko rozczarowana) - czyta się ją szybko, lekko, opisy scen erotycznych naprawdę mogą podnieść ciśnienie ;) Historia skupia się tym razem na basiście, jednak ciągle przewijają się główni bohaterowie pierwszych dwóch części i możemy dowiedzieć się co nieco o ich dalszych losach - dla mnie to jest główny atut serii "Sinners on Tour". Zadziwia mnie jednak fakt, że nie ma tam zwykłej postaci - każdy z członków zespołu ma jakąś historię, oczywiście pogmatwaną, która miała decydujący wpływ na to, kim są teraz. Niemniej jednak seria ta zajmuje szczególne miejsce w mojej biblioteczce.

7/10


Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela. Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą zmarli Łowcy. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Łowców Cieni, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich. Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli boskich przedmiotów. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, pod przywództwem zbuntowanego Łowcy, Valentine'a, który niemal na zawsze zniszczył tajemny świat Łowców. I mimo że od śmierci Valentine'a minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął... (lubimyczytac.pl)

Pierwszy tom sagi The Mortal Instruments, która w założeniu miała być trylogią.
Najpierw obejrzałam film, potem postanowiłam, że koniecznie muszę przeczytać książkę. I dobrze zrobiłam, dzięki temu czytając o bohaterach, wizualizowałam sobie ich w wyobraźni i miałam lepszy odbiór całej powieści. Jest wielowątkowa, ale czytelnik nie jest w stanie pogubić się wśród tych wszystkich Nocnych Łowców, Przyziemnych, Podziemnych, Wilkołakach i Wampirach. Świat, na pozór normalny, okazuje się być zapełniony różnego rodzaju stworami. Walka dobra ze złem, na jej tle miłość, ale czy taka oczywista? 
Świetna powieść, po prostu.

8/10


Clary Fray chciałaby, żeby jej życie znowu stało się normalne. Ale czy cokolwiek może takie być, skoro dziewczyna jest Nocnym Łowcą, zabijającym demony, jej matka została magicznie wprowadzona w stan śpiączki, a ona sama nagle zaczyna widzieć mieszkańców Podziemnego Świata – wilkołaki, wampiry, wróżki… (lubimyczytac.pl)

Po drugi tom sagi The Mortal Instruments (tłumaczenie "Dary Anioła" jakoś mnie drażni) sięgnęłam natychmiast po przeczytaniu pierwszej części. "Miasto popiołów" również mnie nie zawiodło swoją fabułą. Tajemnica goni tajemnicę, wraz z bohaterami dowiadujemy się coraz więcej o ich przeszłości. Przy tej książce nie można się nudzić - ciągła akcja, zaskakujące zwroty wydarzeń, iskra pomiędzy głównymi bohaterami, niepewność, jak to się wszystko potoczy. Zakończenie pozostawia pewien niedosyt i nutę być może rozczarowania, dlatego natychmiast po lekturze "Miasta popiołów" zaczytałam się w trzeciej części.

8/10


Pośród chaosu wojny Nocni Łowcy muszą zdecydować się na walkę u boku wampirów, wilkołaków i innych Podziemnych… albo przeciwko nim. Tymczasem Jace i Clary też muszą podjąć ważne decyzje. Czy mogą pozwolić sobie na zakazaną miłość? (lubimyczytac.pl)

Niewątpliwie seria The Mortal Instruments w zamierzeniu miała być trylogią - świadczy o tym zakończenie trzeciego tomu. Wszystko się wyjaśnia, czytelnik jest uspokojony. Ta część jest najbardziej dynamiczna z pierwszych trzech tomów - niesamowite zwroty akcji, zaskakujące wydarzenia, tajemnice zostają ujawnione i wyjaśnione. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się pewnych rozwiązań, które zaserwowała nam autorka, ale świadczy to o nieprzewidywalności czytanej historii.

Mogę już z całą pewnością stwierdzić, że jestem zafascynowana tą sagą - przedstawionym w niej światem, tak pełnym różnorodności. Nic nie jest oczywiste, nic nie jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. 

"Normalność wcale nie jest taka dobra, jak się wydaje."


8/10


Wojna się skończyła i szesnastoletnia Clary Fray wraca do Nowego Jorku, podekscytowana możliwościami, które się przed nią otwierają. Zaczyna szkolenie Nocnego Łowcy, żeby nauczyć się wykorzystywać swój wyjątkowy dar. Podziemni i Nocni Łowcy w końcu zawarli pokój i, co najważniejsze, Clary może w końcu nazywać Jace’a swoim chłopakiem. Jednakże wszystko ma swoją cenę. Ktoś zabija Nocnych Łowców i prowokuje w ten sposób napięcia między Podziemnymi i Nocnymi Łowcami, mogące doprowadzić do kolejnej krwawej wojny. Najlepszy przyjaciel Clary, Simon, nie może jej pomóc. Jego matka właśnie dowiedziała się, że syn jest wampirem, więc Simon musiał opuścić dom rodzinny. Okazuje się jednak, że wszyscy chcą mieć go po swojej stronie... ze względu na moc klątwy, która niszczy jego życie. I gotowi są zrobić wszystko, żeby dostać to, czego chcą. W dodatku, Simon umawia się równocześnie z dwiema pięknymi, niebezpiecznymi dziewczynami, i żadna nie wie o tej drugiej. Kiedy Jace zaczyna się odsuwać od Clary, niczego nie wyjaśniając, jest ona zmuszona dotrzeć do serca tajemnicy, która okaże się jej najgorszym koszmarem. Clary zapoczątkowuje ciąg strasznych wydarzeń, mogących pozbawić ją wszystkiego, co kocha. Nawet Jace’a. Miłość. Krew. Zdrada. Zemsta. (lubimyczytac.pl)

Ech, i po co od razu po trzeciej części sięgnęłam po czwartą? Wprawdzie bohaterowie nie muszą już walczyć ze złem w postaci Valentine'a, ale oto pojawia się coś gorszego, coś o wiele gorszego. Potrafi wedrzeć się w ludzki umysł i nim sterować, ranić najbliższe osoby. Pojawiają się nowi bohaterowie, bardzo ciekawi moim zdaniem, dopełniający historię z pierwszych tomów. I muszę przyznać, że poświęcenie większej uwagi Simonowi wyjątkowo przypadło mi do gustu - generalnie bardzo polubiłam tego bohatera, odkąd stał się wampirem. Zakończenie może nie wszystkim przypaść do gustu, no ale jest przecież piąty tom i mam nadzieję, że w nim się wszystko wyjaśni, bo z pewnością nie doczekam do szóstego...

8/10


Jace stał się sługą zła, związanym na wieczność z Sebastianem. Tylko mała grupka Nocnych Łowców wierzy, że można go ratować. Żeby to zrobić, muszą zbuntować się przeciwko Clave. I muszą działać bez Clary. Bo Clary rozgrywa niebezpieczną grę zupełnie sama. Ceną przegranej jest nie tylko jej własne życie, ale również dusza Jace’a. Clary jest gotowa zrobić dla niego wszystko, ale czy nadal może mu ufać? I czy on jest naprawdę stracony? Jaka cena jest zbyt wysoka, nawet za miłość? (lubimyczytac.pl)

Pierwsze cztery tomy The Mortal Instruments przeczytałam praktycznie jednym ciągiem, jeden po drugim, bez nawet kilku godzin przerwy. Po czwartej części powiedziałam sobie "Stop" - przede mną ostatni dostępny tom, przyjemność trzeba dozować i czytać na spokojnie. Zrobiłam sobie dzień przerwy i lekturę dawkowałam sobie przez trzy dni. I bardzo dobrze zrobiłam :)

Historia na początku wydaje się być beznadziejna - Jace zniknął i nie wiadomo, co się z nim stało, ani gdzie jest. Wydaje się, że Clave postawiło na nim krzyżyk, jednak główni bohaterowie nie dają za wygraną. Clary, Simon, Isabelle, Alec i Magnus angażują się w tajemnicy przed resztą w poszukiwania Jace'a. Poruszają Niebo i Ziemię, żeby znaleźć rozwiązanie, które pomoże wytropić zaginionego przyjaciela oraz sprowadzić go do domu. Powieść obfituje w wiele zwrotów akcji - Cassandra Clare nie zawodzi w tej kwestii czytelników. Dialogi są takie, jakie lubię - nie brak w nich humoru i sarkazmu. Czytam wiele opinii, które wyrażają zawód zmianą osobowości Izzy, ale właśnie dzięki temu bardziej polubiłam tę bohaterkę.

"Miasto zagubionych dusz" skończyło się tak, że nie odczuwam natychmiastowej potrzeby sięgnięcia po kolejną część i w spokoju będę czekać na szósty tom ;)


8/10



Po sadze The Mortal Instruments robię sobie małą przerwę - całą serię przeczytałam w niewiele ponad tydzień, zatraciłam się w świecie stworzonym przez Cassandrę Clare i jakoś nie potrafię ot tak sięgnąć po kolejną książkę, która nie będzie opowiadała o Nocnych Łowcach - Clary, Jace'u, Alecu, Izzy, Simonie... Myślę, że to tylko kwestia czasu, nim sięgnę po kolejne propozycje tej autorki.



Co ciekawego ostatnio przeczytałyście? 
Znacie zaprezentowane przeze mnie pozycje? Co o nich sądzicie? 
Zapraszam do dyskusji ;)





czwartek, 21 listopada 2013

Gorączka -40%

Jakieś dwa tygodnie temu usłyszałam pierwsze nieoficjalnie informacje o dużej akcji promocyjnej, jaką od jutra do następnego piątku będzie prowadzić Rossmann, a mianowicie -40% na całą kolorówkę. W pierwszym momencie pomyślałam "o matko, zbankrutuję!". Na blogach zaczęły się pojawiać posty z serii "Co polecam kupić" oraz "Na co warto zwrócić uwagę". Sama zaczęłam robić listę produktów, które MUSZĘ kupić. No cóż, okazuje się, że mam praktycznie wszystko, co jest mi do szczęścia potrzebne. Ewentualnie mogłabym się zaopatrzyć w moje ulubione tusze z Wibo i Lovely oraz kilka lakierów do paznokci. Nowy podkład, puder, cienie do powiek - to tylko zachcianki, w sumie niepotrzebne, a pieniądze zostają w kieszeni. Kilka dni temu SupherPharm poszedł w ślady Rossmanna i również zorganizował akcję promocyjną. Jaką? Ano -40% na kolorówkę oraz dodatkowo z tego, co zapamiętałam, na stylizację i odżywianie włosów (od dzisiaj do połowy przyszłego tygodnia). Tym razem sobie pomyślałam "Na odżywianie włosów!". A zaraz potem "Przecież mam trzy maski w zapasie...", czyli znowu nie uda mi się wydać pieniędzy podczas takiej super akcji promocyjnej. I wiecie co? Bardzo dobrze. Nie potrzebuję dodatkowych kosmetyków, które zaczęłabym używać za kilka (jak nie kilkanaście) miesięcy, a które dawno straciłyby datę ważności, zanim bym je zużyła. Nie muszę wydawać niepotrzebnie pieniędzy, bo mam ochotę kupić sobie nowy podkład. Ten, który mam świetnie się sprawdza, jeszcze mam pół buteleczki, no na cholerę mi kolejny? Puder mam wprawdzie na wykończeniu, ale używam z YR - jest sprawdzony i bardzo mi pasuje, więc nie ma sensu eksperymentować z nowymi, które wcale nie muszą sprawdzić się na mojej twarzy. Cienie, kredki, szminki - wszystko mam, nic się nie kończy. Zresztą, moje "kolorówkowe" potrzeby nigdy nie były duże. Gdybym była na wykończeniu kosmetyków, pewnie bym się w nie zaopatrzyła, korzystając z 40-procentowej obniżki, bo nie ma co ukrywać, jest to dość duża promocja. Tak sobie jeszcze myślę, po co Superpharm tak na ostatnią chwilę wyskoczył z podobną akcją? Zamiast odczekać tydzień, dwa...


Co myślicie o tej kosmetykowej gorączce, związanej z 40-procentową promocją? Wpadłyście w jej szał, czy może podeszłyście do tego z rezerwą? Czekam na Wasze komentarze ;)


środa, 13 listopada 2013

Szykowny błękit od Yves Rocher

Na moim blogu już dawno nie pojawił się lakierowy post, spieszę więc nadrobić te zaległości ;) Ostatnio moją kolekcję powiększyło kilka lakierów, a jednym z nich jest właśnie szykowny błękit od Yves Rocher.




Przyznam, że markę YR znam już od dawna i bardzo ją lubię, aczkolwiek to  jest mój pierwszy lakier tej firmy. Byłam sceptycznie nastawiona, głównie do jakości, ale miło się rozczarowałam ;) W sumie nie dostrzegam w nim żadnych wad. Przede wszystkim - niezwykle dobrze kryje. Już jedna warstwa pokrywa paznokieć kolorem, jaki jest widoczny w buteleczce.




Po drugie - kolor jest niezwykle intensywny, wręcz cieszy oko wśród otaczającej nas jesiennej aury, której aktualnie daleko do tzw. złotej polskiej jesieni. Ponadto lakier długo utrzymuje się na paznokciu, u mnie nawet do 3 dni, co ostatnio jest moim paznokciowym rekordem. Odnośnie schnięcia - używam przyspieszacza Sally Hansen, więc nie jestem w stanie stwierdzić jego rzeczywistego czasu.



Lakier otrzymujemy w małej buteleczce (3 ml), co wg mnie jest jego zaletą - nie zajmuje dużo miejsca, nie zdąży wyschnąć czy zgęstnieć, bo już pewnie dawno go zużyję ;) Kosztuje 9,90 zł, jest to produkt z serii "Zielony punkt", a zgodnie z informacją na stronie YR - z edycji limitowanej.



Podsumowując - jestem zadowolona z zakupu tego konkretnego lakieru oraz koloru. Jeżeli w najbliższej przyszłości nie wycofają tej edycji limitowanej, z pewnością zaopatrzę się w inne kolory - wszystkie znajdziecie TUTAJ. Mnie zauroczył radosny róż ;)

Co sądzicie o tym lakierze? 
Na jesienne dni wolicie delikatny manicure, czy lubicie szaleć z kolorami?


środa, 6 listopada 2013

Higiena z Cleanic

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami na temat produktów marki Cleanic, które z powodzeniem można przypisać do kategorii "higiena". Temat wybitnie niewłosowy :)



Chusteczki do higieny intymnej z ekstraktem z płatków róży

Od producenta:  chusteczki działają łagodząco, a zawarta w nich betaina nawilżająco. Delikatnie oczyszczają i pielęgnują wrażliwe miejsca intymne. Są wykonane z miękkiego włókna, łatwego w utylizacji (można je spłukać w toalecie - do dwóch sztuk). Subtelny różany zapach pozostawia długotrwałe uczucie świeżości, a zawarty kwas mlekowy gwarantuje zachowanie właściwego pH.

Moim zdaniem te chusteczki mają wszystko, czego wymagam od chusteczek do higieny intymnej - oczyszczają, odświeżają, przyjemnie pachną, nie pozostawiają po sobie lepkiej i irytującej warstwy, opakowanie jest małe i poręczne. Jedno, do czego mogę się przyczepić, to znowu ten nieszczęsny otwór do wyjmowania chusteczek - tak samo, jak w przypadku tych do demakijażu, jest po prostu za mały i ciężko jest chwycić pojedynczą sztukę i zwykle wyjmowałam dwie. W toalecie można je spłukać niczym papier toaletowy ;)



Patyczki Cleanic Professional (do dokładnego oczyszczania)

Od producenta: to idealny produkt dla osób praktycznych, ceniących wielofunkcyjne i wygodne kosmetyczne rozwiązania. Dzięki odpowiednio wyprofilowanej, bawełnianej główce, patyczek umożliwia dokładne i skuteczne oczyszczenie. Dodatkową zaletą produktu jest praktyczne opakowanie, które dzięki poręcznemu zamknięciu, doskonale sprawdzi się nie tylko w domu, ale też w podróży.

Nie wiem, jak Wy, ale ja nigdy nie używałam patyczków kosmetycznych do korekty makijażu czy do demakijażu - po prostu nie mam nigdy takiej potrzeby. Dla mnie patyczek służy tylko i wyłącznie do higieny uszu i tak też używałam produktu Cleanic. Mam jakąś taka nieznośną przypadłość zwaną alergią, która lubi się przejawiać łuszczącą się skórą wewnątrz uszu oraz swędzeniem w tym miejscu (taki dziwoląg ze mnie :)), dlatego z patyczka korzystam codziennie, a czasem nawet kilka razy dziennie. 
Opisywany produkt bardzo przypadły mi do gustu - materiał na końcu plastikowego patyczka nie schodzi podczas użytku, co jest bardzo ważne, gdyż nie trzemy wrażliwego miejsca ostrym końcem. Niestety niektóre patyczki są pod tym względem do niczego, dlatego te u mnie zapunktowały ;) Co do wyprofilowanej główki - nie zauważyłam jakiejś drastycznej różnicy między nią, a zwykłą końcówką. Pudełko typu klik box na pewno jest bardzo wygodne w podróży, aczkolwiek ja używam go tylko w domu, dlatego nie odczułam plusów tej innowacji. Pewnie zostanę wierna tym patyczkom ;)



Płatki Cleanic Silk Effect


Od producenta: gwarantują skuteczność oraz przyjemne doznania podczas codziennego demakijażu. Dzięki proteinom jedwabiu są gładkie, miękkie, puszyste i wyjątkowo delikatne. Płatki Silk Effect są doskonałym rozwiązaniem dla cery szczególnie wrażliwej, łatwo ulegającej dokuczliwym podrażnieniom. Grube, mięsiste płatki, w 100% wykonane z bawełny, skutecznie oczyszczają, przygotowując skórę na przyjęcie kolejnych preparatów upiększających.
Muszę przyznać, że są to chyba najlepsze płatki kosmetyczne, z jakimi miałam kiedykolwiek styczność. Nie wiem, jak tam jest z tymi proteinami jedwabiu, bawełną itd., ale faktem jest, że bardzo dobrze mi się z nich korzysta - i przy demakijażu i przy zmywaniu lakieru z paznokci. Płatek jest grubszy, niż inne mi znane, zmoczony nie staje się nagle cieniutki i prawie przezroczysty, dobrze się nim operuje na twarzy. 
Są naprawdę wydajne (o ile można takiego przymiotnika użyć do opisywania płatków kosmetycznych) - do zmywania lakieru Baltic Sand musiałam zużyć około 5-6 płatków innej firmy (nie pamiętam jakiej), natomiast tych używam 2-3. To chyba najlepiej oddaje istotę ich wydajności. Można je dostać w dwóch wersjach - 100 oraz 40 płatków - ta druga jest idealna na wyjazd, a pierwsza do używania w domowych pieleszach. Z pewnością pozostanę im wierna, zużyłam już nie tylko opakowanie przysłane mi przez Cleanic, ale i kolejne, nabyte już przeze mnie drogą kupna.

Podsumowując, jestem zadowolona z opisywanych w tej notce produktów. Z każdym kolejnym postem przekonuję się, że Cleanic to dobra marka ;)


Co sądzicie o tych produktach? Miałyście kiedyś z nimi styczność?


wtorek, 5 listopada 2013

Włosowe podsumowanie września i pażdziernika

Moje włosy miały ze mną ciężko we wrześniu - praktycznie zero jakiejkolwiek pielęgnacji, prócz maski/odżywki po myciu. Wyjątkiem był żel lniany z dodatkami oraz psikadło wzmacniająco - odżywiające, które zrobiłam po otrzymaniu moich pierwszych półproduktów. Włosy oraz skórę głowy psikałam nim niemal codziennie, gdyż nie zabierało to zbyt dużo czasu ani uwagi, a sam proces robienia tej mikstury (2 minuty) traktowałam jako przerwę w nauce. W październiku moje włosy zyskały więcej uwagi z mojej strony - praktycznie przed każdym myciem nakładałam na nie krem zielony z Biedronki albo serum olejowe, zaczęłam wzbogacać maski półproduktami oraz intensywniej je zabezpieczać, z uwagi na rozpoczynający się sezon kurtkowo-szalikowy. Niestety stres związany z egzaminem nie pozostał bez echa - włosy zaczęły mi wypadać jak szalone. Łykam witaminy, dalej wcieram psikadło domowej roboty, udało mi się namówić narzeczonego, żeby kilka minut wieczorem przed snem wykonał masaż mojej skóry głowy. Łudzę się, że widzę jakieś marne efekty, ale niestety chyba ich jeszcze nie widzę.Może za tydzień-dwa coś bardziej ruszy?

Kosmetyki, jakie stosowałam do pielęgnacji włosów: szampon Bambino do częstego stosowania oraz Joanna Natria pokrzywa z zieloną herbatą do oczyszczania, odżywka d/s - Nivea Long repair, odżywka b/s - Farmona Herbal Care lniana oraz żel lniany z dodatkami, maski - Biovax jedwab i keratyna, Kallos Latte, zabezpieczanie - jedwab Green Pharmacy oraz spray Gliss Kur Ultimate Oil Elixir, żel - Bielenda z czarną rzepą oraz lniany z dodatkami, inne - płukanka lniano-octowa, półprodukty (aloes, D-panthenol, kolagen z elastyną, kwas hialuronowy), psikadło wzmacniająco-odżywiające.


Nie pamiętam, jakiego zestawu tutaj użyłam,
ale na pewno były suszone dyfuzorem.

I teraz mam do Was pytanie - jak zmieniacie swoją włosową pielęgnację wraz z nadchodzącą jesienią? Na co bardziej zwracacie uwagę? Czego dajecie więcej, czego mniej? Będę Wam bardzo wdzięczna za wszelakie uwagi ;)


czwartek, 24 października 2013

Joanna Naturia - duet do pielęgnacji włosów z pokrzywą i zieloną herbatą

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić jeden z moich ulubionych duetów w pielęgnacji włosów - szampon oraz odżywkę bez spłukiwania z pokrzywą i zieloną herbatą z serii Joanna Naturia. Oba te produkty charakteryzuje piękny zapach, działanie zgodne z oczekiwaniami, niska cena oraz niestety ograniczona dostępność. Oba te kosmetyki rzadko spotykam w drogeriach, o ile szampon częściej, to kupienie odżywki może stanowić problem. Dlatego robię zapasy, jak spotkam kilka butelek na półce.





Joanna Naturia, szampon pokrzywa i zielona herbata


Według producenta, receptura tego szamponu została opracowana, aby pielęgnować włosy przetłuszczające się i normalne. Oparta jest na bazie ekstraktów z pokrzywy i zielonej herbaty, dzięki czemu wzmacnia włosy i działa antyłojotokowo, tonizująco i przeciwzapalnie. Szampon sprawia, że włosy odzyskują sprężystość, puszystość i blask. Są miękkie i delikatne w dotyku oraz mniej się przetłuszczają.

Ja używam tego szamponu tylko i wyłącznie w celu oczyszczenia włosów raz na dwa-trzy tygodnie, dlatego nie bardzo potrafię się wypowiedzieć na temat jego właściwości tonizujących (?), przeciwzapalnych oraz nadających włosom sprężystość, puszystość i blask. Szukałam dobrze oczyszczającego szamponu i padło akurat na ten, gdyż wcześniej używałam odżywki b/s z tej serii i bardzo spodobał mi się zapach. Kosztuje kilka złotych (4-5 zł) i spotkać go można nawet w osiedlowych drogeriach czy sklepikach. Kupiłam go w czerwcu i żywot tego opakowania właśnie dobiega końca, także wydajność oceniam na plus (przy używaniu co 2-3 tygodnie!). Szampon ma postać żelu pod prysznic, dobrze się pieni - wystarczy jego niewielka ilość, aby dobrze oczyścić włosy. Po jego użyciu aż skrzypią pod palcami , czuć, że są dobrze oczyszczone. No i ten zapach się wszędzie unosi ;) Zawsze po zastosowaniu tego szamponu nakładam treściwszą maskę/odżywkę, więc nie jestem w stanie określić, czy jego zapach utrzymuje się na włosach również po ich umyciu. 


Podsumowując - raczej nie wybrałabym tego szamponu do codziennego stosowania ze względu na SLeS w składzie, chyba że do metody OMO. Aczkolwiek narzeczony czasem mi go podbierał i nie narzekał na jego właściwości ;) Funkcję oczyszczającą spełnia bardzo dobrze, po jego użyciu włosy odżywają i jakoś tak chętniej się skręcają ;)










 Joanna Naturia, odżywka b/s z pokrzywą i zieloną herbatą


Według producenta, ulepszony skład wzbogacony jest o naturalne ekstrakty roślinne z pokrzywy i zielonej herbaty, dzięki czemu wzmacnia włosy i działa antyłojotokowo, tonizująco i przeciwzapalnie. Odżywka sprawia, że włosy odzyskują sprężystość, puszystość i blask. Są miękkie i delikatne w dotyku oraz mniej się przetłuszczają.

Moja przygoda z tą odżywką zaczęła się dość dawno, jeszcze przed "włosomaniactwem". Najpierw znane mi były jej siostry - wersja z miodem i cytryną czy makiem, jednak ich zapachy mocno mi nie podchodziły, aż trafiłam na mój ukochany zapach, czyli zieloną herbatę. Po lekturze wizażu zrozumiałam, jak ważne jest stosowanie odżywki b/s po każdym myciu i od tamtej pory praktycznie się z nią nie rozstaję (ostatnio zrobiłam wyjątek dla lnianej wersji Herbal Care, ale to temat na osobną notkę). 

Odżywkę stosuję zwykle na ociekające jeszcze włosy i raczej nie ograniczam się z jej ilością, zwłaszcza na spodnią warstwę włosów, która lubi się plątać. Przy włosach falowanych/kręconych może również pełnić funkcję reanimatora - w moim przypadku świetnie się sprawdza ugniatanie włosów wilgotnymi dłońmi z roztartą porcją odżywki - potem wystarczy poczekać chwilkę do ich wyschnięcia i odgnieść ewentualne sucharki (jeżeli wcześniej na włosy był nakładany żel, to taka sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna).

Ta odżywka bardzo dobrze się sprawdza jako baza pod różnego rodzaju serum olejowe, czy po prostu przy olejowaniu na mokro. Jest na tyle rzadka, że nie zapycha atomizerów i spryskiwaczy. Jej wydajność jest naprawdę imponująca, zważywszy na standardową pojemność buteleczki.

Odżywka z pokrzywą i zieloną herbatą jest moim niekwestionowanym hitem w kategorii odżywek b/s. Włosy po jej użyciu są miękkie w dotyku, zabezpieczone przed ucieczką wody oraz podatniejsze na skręt i to mi się najbardziej w niej podoba ;)


Ostatnio zauważyłam, że Joanna wypuściła na rynek mniejsze (100 g) wersje standardowych opakowań opisywanego przeze mnie duetu - jest to świetne rozwiązanie, na pewno w przypadku odżywki, którą można zabrać na kilkudniowy wyjazd i odciążyć tym samym kosmetyczkę ;)


Co sądzicie o tych kosmetykach? Czy również są Waszym KWC?
Chętnie poznam Waszych faworytów w kategorii szamponów oczyszczających
oraz odżywek b/s ;)


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Etykiety

aktualizacja dlugości (1) Alterra (9) analiza składu (3) Babydream (3) Baltic Sand (1) Be Beauty (2) bebeauty (1) Bell (1) Bielenda (1) Biovax (5) blogi kręconowłosych (1) Cassia (2) cellulit (1) CG (5) chusteczki do demakijażu (1) Cleanic (3) color mania (1) cynk (1) czytelnicze podsumowanie miesiąca (7) demakijaż (3) dor (1) dzikie wyzwanie (4) ecotools (1) Facelle (1) fennel (1) film (1) Firmoo (1) FLOS-LEK (2) glinka biała (1) Gloria (1) Golden Rose (1) Google (2) gradient manicure (2) granat i aloes (2) Green Pharmacy (1) Happy per aqua (1) haul (3) inspiracje (4) Inspired by places (8) Intouchables (1) Isana z babassu (3) Jantar (2) jedwab (1) Joanna (4) Joanna Naturia (2) Kallos Latte (1) krem (1) krem brązujący (1) krem do rąk (3) krem do twarzy (1) krem na dzień (1) kryzys (1) lakier do paznokci (22) lakier piaskowy (1) Liebster Blog (1) Lovely (2) makijaż (1) manicure (5) masaże (1) maseczka (1) maseczka sandałowa (1) maska (7) masło kakaowe (1) MIYO (1) mleczko samoopalające (1) moje włosy w pigułce (1) odżwyka (3) oferta Biedronka (1) olej (2) olejek pod prysznic (1) olejki (1) opolskie spotkanie bloggerek kosmetycznych (2) paznokcie (2) peeling (1) peeling kawowy (1) petycja (1) pianka do włosów (1) pielęgnacja włosów (18) Piękno dla rodziny (1) płukanka (1) pomadki (1) recenzja (20) ręcznikowanie (1) Rossman (1) scrub do ciała (1) seriale (1) serum A+E (1) spirulina (1) spray przyspieszający opalanie (1) spray YR (1) stylizacja (3) SunOzon (1) szampon (3) ślubne inspiracje - fryzury (1) tag (5) tonik (1) trendy w urodzie (1) tusz do rzęs (1) Vichy (1) Wibo (8) włosowe podsumowanie (17) włosy (1) woda kolońska (1) woda perfumowana (1) wypadanie włosów (3) Yves Rocher (13) zabezpieczanie (1) Zainspiruj się naturą (6) zakątek czytelniczy (1) Ziaja (4) ZSK (1) żel do włosów (1) żel lniany (3) żel mrożący (2)